Kolejne spotkanie z gronem sympatycznych i bardzo interesujących Kwidzyniaków. Sporo osób
wiekowych, które pojawiły się w Kwidzynie w parę lat po wojnie, wówczas w wieku naszych młodszych forumowiczów.
Nowe kontakty, bogactwo wspomnień i spotkania z osobami widzianymi ostatnio w swojej klasie maturalnej (1959 !).
Towarzystwo przednie pod każdym względem. Kwidzyński Klub gromadzi m.in. takie znakomitości jak: kilku rektorów wyższych uczelni, pisarzy, sporo profesorów i wykładowców, wybitnej i zasłużonej kadry inżynieryjnej itp. itp.
Mieczysław Jankiewicz przedstawił interesującą ideę Klubu jako gremium inteligencji propagującego kulturę. Widzę w tym nawiązanie z XIXwiecznym kwidzyńskim ”Towarzystwem Literackim”. Zaprezentował także projektowany program wykładów „klubowego uniwersytetu”. We wrześniu nastąpi nietypowa inauguracja muzyczna w katedrze. Poprowadzi
prof. Roman Gryń z Akademii Muzycznej w Poznaniu (oczywiście Kwidzyniak). I to też skojarzyło mi się z działalnością i twórczością
pastora Albertiego z kwidzyńskiej katedry.
Spotkanie było okazją do zaprezentowania trzeciego już tomu zebranych wspomnień „Kwidzyn… drogi do małej ojczyzny”. Istna kopalnia relacji o mieście i ludziach oraz informacji, które tu występują po raz pierwszy.
Przeczytałem zaledwie wyrywkowo kilka wspomnień i jestem
pod wrażeniem zwłaszcza pierwszej w tomie relacji wspomnieniowej Helmuta Kurowskiego zaczynającej się następująco:
Cytuj:
Jestem klinicznym przykładem pełnej integracji polsko – niemieckiej po okrutnej wojnie, gdy Kwidzyn stał się konglomeratem naleciałości ludnościowej ze wszystkich stron świata.
Rozpocznę od tego, że oprócz obywatelstwa polskiego mam, na podstawie swego pochodzenia, i niemieckie. Oboje moi rodzice i dziadkowie z obu stron byli Niemcami. Jednak nigdy nie miałem zamiaru przenieść się do Niemiec, bo na tych ziemiach urodziłem się (w Sztumie), tu wyrosłem i zdałem maturę (w Kwidzynie), tutaj studiowałem (w Warszawie), tutaj pracowałem i przeszedłem na emeryturę (w Toruniu).
Przejścia niemieckiego chłopaka w tuż powojennym Kwidzynie bywały znacznie trudniejsze, niż jego polskich rówieśników. Wiem coś o tym, bo miałem takich kolegów w powojennym Malborku.
Autor tych wspomnień pochodzi ze Sztumu, więc niestety o Kwidzynie z czasów niemieckich niewiele mógł mi opowiedzieć.
Jest istotna różnica pomiędzy np. czytaniem przejmujących wspomnień Pani Wandy Wiśniewskiej , a bezpośrednią rozmową z nią. Gdy mówi o swoim spotkaniu z Hanką Ordonówną na sowieckim zesłaniu w 1941 roku, to trochę tak, jakby się samemu tam z nią spotkało.
Zbyt mało czasu na rozmowy i zebranie relacji od autentycznych świadków i uczestników życia w Kwidzynie przed półwieczem. Miałem niebywałą okazję (zbyt pospieszną i za krótką) do zweryfikowania obiegowych opisów wydarzeń, które powielane są w historii miasta niezgodnie z rzeczywistym ich przebiegiem.
Postrzegany z zewnątrz Klub Małej Ojczyzny Kwidzyńskiej, to niekoniecznie taka ożywiona
Atlantyda. Większość osób z tego grona, po zakończeniu swych bogatych i wybitnych karier zawodowych nadal jest aktywna społecznie i środowiskowo. Są to jednak osoby jakby z „
innego świata”. Prezentują sobą wspaniałe postawy pozytywnego spełnienia w życiu, a przecież mało komu z nich oszczędzone były przejścia jak: niebywała wojenna i powojenna bieda i głód, dramaty rodzinne, karna służba wojskowa w kopalniach i inne komunistyczne szykany. Kultura tych osób, oraz to co z staroświecka nazywane jest tzw.
ogładą, również wydają się „zabytkiem” w otaczającej nas rzeczywistości. Są to zapewne nauki wyniesione
z domu, ze
szkoły życia, jak i z pierwszych kwidzyńskich szkół, które zapewniały b. bogate
wyposażenie swych wychowanków. (Ciekawostka: w tutejszym Technikum Krawieckim uczono się nie tylko zawodu, ale i księgowości, zarządzania, łaciny i jęz. francuskiego. Jak wiadomo, łacina, to nie tylko język, ale i wiedza o kulturze, nie tylko antycznej).
Uczestnicy zjazdu życzyli sobie kolejnego spotkania, oby w liczniejszym gronie.
Pan Kolega Burmistrz oprowadził nas po odnowionym Urzędzie Miejskim i swoim gabinecie. W parku za Urzędem okazał nam tajemniczy kamień . Opowiadał, że z okna swego gabinetu obserwuje przychodzącą tu czasami starszą kobietę, która obejmuje ten kamień i długo przytula się doń. Czyżby to był kwidzyński
czakram ? (
Warning: Próby leczenia w ten sposób kaca przez społeczność z miejscowego „klubu malinowych nosów” zakłócają skoszarowani w pobliżu strażnicy miejscy.)
Moją osobistą największą niespodzianką jest nawiązanie bezpośredniego kontaktu z Leszkiem Bielcem, kolegą szkolnym z jednej klasy Andrzeja Zakrzeńskiego (matura w Kwidzyńskim LO w 1949 roku !!!). Wiele sobie po tej nowej znajomości obiecuję. Po Andrzeju Zakrzeńskim zachowało się kilkaset nie opisanych fotografii (ze szkoły, z miasta, z wycieczek). Mojemu spotkaniu z p.Leszkiem chyba patronował
z góry jego szkolny kolega Andrzej Zakrzeński przezywany w swej klasie „
Słoniem”.
Forumowiczów zachęcam do lektury wspomnień „Kwidzyn… drogi do małej ojczyzny”.
(
Trochę zdjęć) )