Oto wspomnienia mieszkanki naszego miasta Margot Marcus - Małgorzata Ćwik z domu Zwick.
„Kurier Kwidzyński”, 2003 nr 34, s. 14-15. napisał(a):
Data moich urodzin jest niezwykła, bo 17 września 1939 r.
O tej niezwykłości dowiedziałam się wiele lat później i to nawet nie w Polsce. Bo Dziadkowie, którzy mnie wychowywali, nie wprowadzali mnie w historię i politykę. Więc urodziłam się tego właśnie dnia, w tym właśnie roku, w mieście niemieckim Marienwerder, w którym mieszkało także sporo Polaków. Moja Babcia z domu Podjadka, jako dziewczyna mieszkała za Wisłą, w Dąbrówce. Pochodziła z rodziny autochtońskiej, tu osiadłej. Dziadek był Niemcem, ale jego mama, a moja prababcia pochodziła z Potockich. Z „tych” Potockich. Piszę o Dziadkach, nie o rodzicach, bo wychowywali mnie właśnie dziadkowie. Mama pracowała w Grudziądzu.
Ojca nie znam, nigdy go nie widziałam, bo zaginął w czasie działań wojennych. Nie znam tych losów, chociaż są dla mnie także ważne. Miałam tylko Mamę i Dziadków, ale tak naprawdę zawsze przy mnie byli przede wszystkim dziadkowie. Bo moje dzieciństwo, to najwcześniejsze, którego się prawie nie pamięta, skończyło się w dziwnym czasie. Dni mijały zwyczajnie. Podobno gdzieś toczyła się wojna, ale ja nawet nie miałam o tym pojęcia, bo Marienwerder, moje miasto, nie było bombardowane. Nie spadła tu ani jedna bomba. Nie pamiętam, by były jakieś niedostatki jedzeniowe, bo o dziecko, którym byłam wszyscy dbali. I tak mijały szczęśliwe dla mnie lata dzieciństwa. Dziś trudno to sobie wyobrazić, że czyjeś losy z okresu wojny światowej mogły być szczęśliwe. A moje były. Miałam Mamę, Dziadków, dom.
Kiedyś jednak wojna przyszła do miasta. Wraz z wyzwoleniem. Ale o wyzwoleniu mówili Polacy, którzy tu mieszkali. Któregoś dnia to wyzwolenie było tuż, tuż koło mego miasta. Wtedy Mama i Dziadkowie zdecydowali się nie czekać na ten moment i wyjechać gdzieś daleko. Bo, znów to dziwne, gdzieś odjechał cały mój kraj – Niemcy, wszyscy sąsiedzi. Więc zabierając jakieś tobołki ruszyliśmy całą rodzina do Gdańska, by stamtąd odpłynąć do Niemiec, które przecież gdzieś były. Na peronie kolejowym w Tczewie podszedł do nas niemiecki żołnierz. Też się gdzieś przenosił ze swoją jednostką, może po prostu uciekał przed zbliżającymi się wojskami radzieckimi, a więc wojskami wroga. Zagadnął Mamę: „co pani chce zrobić z tym dzieckiem, z tymi starszymi ludźmi? Na co pani liczy. Dziś w nocy zatonął statek „Gustloff” storpedowany z całą załogą i ludnością cywilną uciekającą do Niemiec. Niech pani ucieka sama”.
Kto to był, dlaczego ostrzegał, czy miał rację? Dość, że wróciliśmy do naszego domu w Marienwerder, a w kilka dni później Mama znikła.
I teraz już na dobre przyszło wyzwolenie. Dla mnie oznaczało to ogromne zmiany: Przyszła do mojego miasta Polska.
Okazało się, że mieszkam w Polsce, w mieście Kwidzyn, w domu przy ulicy Mickiewicza, chociaż do tej pory to była Graf Zeppelinstrasse. Nawet nazywam się nie jak dotychczas Margot Zwick, a Małgorzata Ćwik.
Wokół słychać było język polski, chociaż właściwie miasto było wyludnione. Na ulicach było dużo ludzi, ale to byli żołnierze radzieccy. Zapełniali wszystkie budynki miejskie, zagospodarowując je na lazarety. Kiedy tylko zdrowieli, hałaśliwie wędrowali ulicami, strzelając w powietrze, włażąc do opuszczonych domów. Traktowali tu wszystko jak zdobycz wojenną i lekceważyli prawa mieszkańców. Któraś strzelanina, któraś bezmyślna zabawa skończyła się dla miasta pożarem. Centrum miasta legło w gruzach. To Ruski podpalili ratusz, okolice katedry. Po co im to było? Przecież już się ta wojna skończyła.
Powoli przyzwyczajałam się do bycia Polką. Nie ułatwiały mi tego władze, które wymagały, by w różnych dokumentach, w punkcie narodowość wpisywano mi „autochtonka”. Nienawidziłam tego słowa, nie rozumiałam dlaczego mam być inna od dzieci, które były Polakami. Od razu byłam inna, od razu czułam się na indeksie. A przecież miałam i inny problem. Prawie nie znałam języka polskiego. W domu mówiło się po niemiecku. Teraz dziadkowie w trosce o poprawność języka, który obowiązywał zmuszali się do mówienia po polsku. Dziadek radził sobie z tym problemem zupełnie dobrze. Babcia wymawiała słowa polskie z silnym akcentem niemieckim. Ja zresztą też. A przecież przyszedł już czas nauki w szkole.
Zostałam zapisana do pobliskiej szkoły nr 2 i tę szkołę skończyłam. Ubierałam się tak jak wszystkie dziewczynki w satynowy czy raczej podszewkowy fartuch z białym kołnierzykiem, przyjaźniłam się z dziećmi z okolicznych domów i z klasy. Ale były to przyjaźnie jakoś cichutkie, bo cóż... wstydziłam się tego języka, nie była śmiała... byłam inna.
Najchętniej przebywałam w domu. Mieszkaliśmy w domku wybudowanym przez Dziadka. Pierwszych sąsiadów jakich pamiętam to byli pp. Łosiowie. Nasz domek był ładny, z małym ogródkiem przed frontem, z chlewikiem za domem. Chlewik był bardzo ważny, bo hodowało się w nim zawsze dwie świnki. I obie traciły żywot w porze zimowej. Jedną sprzedawało się na miejskim targowisku. Pieniądze zasilały domowy budżet i umożliwiały zakup prezentów pod choinkę. O, to było ważne! Druga była przerabiana przez Babcię na domowe przetwory, wzbogacające domowe menu. A wiosną kupowało się następną parkę świnek.
Domek obsadzony był drzewami owocowymi i krzewami porzeczek, a od strony podwórka winoroślą.. W domku były cztery pokoje i jeszcze pięterko, na którym dość szybko po wojnie zamieszkała dziewczyna, która niebawem założyła rodzinę i nazywała się Floriańska.
Wydaje mi się, że żyło się dostatnio. Nie znałam pojęcia głodu czy jakichś braków, chociaż tak jak wszystkie powojenne dzieci nie wiedziałam co to są pomarańcze. Nie tęskniłam jednak za nimi, bo poznałam ich smak o wiele później. Który to mógł być rok? Gdzie to wydarzenie się dokonało?
Dziadkowie bardzo dbali o moją edukację i uznali, że powinnam uczyć się gry na pianinie. Czy chcieli może zapewnić mi dodatkowe towarzystwo, czy były jakieś inne przyczyny, dość, że w wieku 11 lat zapisali mnie do szkoły muzycznej. Przeszłam jakieś przesłuchania, badania poczucia rytmu i okazało się, że nadaję się do muzycznej edukacji. Wielką artystką ani nawet małą nie stałam się nigdy, ale grać lubiłam, lubiłam słuchać jak na pokazach grali moi koledzy: Józek Kołakowski, Włodek Nahorny, dziewczyny: Stella i Anka – na cztery ręce. Byłam w klasie profesor Łukowskiej. I do niej też, do jej domu, chodziłam na dodatkowe lekcje. Właściwie to nie były lekcje, ale ponieważ w moim domku przy ulicy Mickiewicza nie było instrumentu, pani profesor zaprosiła mnie do siebie, bym u niej ćwiczyła.
W którymś dniu jednak pianino pojawiło się w moim domu w największym, dość ciemnym pokoju. Dziadek zdobył ze szkoły muzycznej zaświadczenie, że jego wnuczka jest uczennicą szkoły i musi mieć instrument. Upoważniało to do pozyskania pianina z domów, w których pianino było, a nie było nikogo grającego. Teraz wspominając tamte działania z refleksją myślę, że te instrumenty były własnością poniemiecką, były zdobyczą wojenną. I dziwne: dlaczego było ich tak dużo, w tak wielu domach? Może czegoś nie pamiętam z Marienwerder? Bo przecież ta niewielka refleksja każe myśleć o moim mieście o dobrze zagospodarowanym i zasobnym. Dość, że dziadek odwiedził wiele, już teraz polskich mieszkań, poszukując dla mnie pianina. Ale wszystkie były pouszkadzane, bo nowi właściciele wyciągali z instrumentu mechanizmy młoteczkowe, czy cokolwiek, co dało się zdemontować, by instrument wydawał się niesprawny. Moje pianino przyjechało z podkwidzyńskiej wsi. Po latach, po wielu latach, w czasie rozmowy z moją szkolną koleżanką i przyjaciółką Krysią Kawką, ustaliłyśmy że dziadek prawdopodobnie zabrał pianino z jej domu.
Stało w dużym pokoju, piękne, ciemnobrązowe, z lichtarzami na przedniej ścianie. I grałam na nim kolędy z ulubioną „Stillen nacht”, i Beethovena, który dobrze wychodził pod moim mocnym uderzeniem. Teraz już całe dnie miałam zajęte.
A na dodatek miałam już przyjaciółkę. Właśnie ze szkoły muzycznej. To była Krysia Sokołów. Byłyśmy różne fizycznie: ja wysoka i bardzo szczupła, o ciemnych włosach i oczach, ona niższa, raczej okrągła blondynka z ciemnymi oczami. Ja małomówna, a ona wręcz przeciwnie. Obie byłyśmy jednak „inne”. Ja bo byłam tą „autochtonką”, ona – wysiedlona z rodzicami z Gdańska też nie czuła się dobrze w tym nieznanym sobie środowisku.
Więc po lekcji solfeżu u p. Margla szłyśmy na ulicę Chopina i w kiosku kupowałyśmy cukierki grylażowe za nasze niewielkie kieszonkowe. Potem odprowadzałyśmy się wzajemnie, co nieraz trwało godzinami, bo mieszkałyśmy daleko od siebie. Czasem towarzyszyła nam trzecia z koleżanek „muzycznych” Lilka Balukiewicz. Ale ona była od nas starsza i mieszkała już w zupełnie innym kierunku miasta.
Te spacery, opowieści, wspólne marzenia – ależ to było wspaniałe. I zawsze była piękna pogoda. Do dziś pamiętam wielki, biały śnieg, który zasypał moją ulicę, osadził się na drzewach ulicy Kościuszki, Grudziądzkiej, Grunwaldzkiej; jarzębiny koło budynku straży pożarnej, ciepłą wodę rzeczki płynącej pod miastem.
Kiedy skończyłam szkołę podstawową Dziadkowie zadecydowali o mojej edukacji w Liceum Ogólnokształcącym. To była najlepsza i najważniejsza szkoła w mieście. A ja ciągle miałam mały zasób słów i niemiecki akcent. Ale starałam się bardzo i było to zapewne widoczne. Tym bardziej, że wiedziała o tych moich staraniach moja profesorka od polskiego. To była prof. Natalia Sokołowa – mama mojej przyjaciółki. Pani profesor chroniła mnie przed każdym szkolnym złem i dbała o poprawność mego języka, walczyła nawet z jedną z profesorek, która z uporem stawiała mi dwóję z niemieckiego twierdząc, że nie znam swojego pierwszego, rodzinnego języka. Miała nawet taki pomysł tuz przed maturą prawdziwie zagrażając mojej promocji. Na szczęście ...no cóż, maturę zdałam bez większego problemu.
I nawet zdałam i dostałam się na Akademię Medyczną Wydział Farmacji.
Jednak między maturą a studiami wydarzyło się coś ważnego. Odnalazła się w Niemczech moja Mama, a odszedł w swoją ostatnią podróż mój Dziadek.
W Gdańsku mieszkałam krótko. Okazało się, że Babcię i mnie dopadają kolejne problemy. Chciałyśmy pojechać do Niemiec odwiedzić moją Mamę, ale urzędnicy, stanowiący lokalne prawo, długo nie wyrażali na nasz czasowy wyjazd zgody. Wreszcie któryś z nich litościwie napomknął, że zgody nie dostaniemy chyba, że będzie to wyjazd na stałe. Dlaczego?
Może nasz domek się komuś podobał?
Wyjechałyśmy w marcu 1958 roku. Do Niemiec, do Hamburga, do Mamy. Teraz znów byłam Niemką mieszkającą w Niemczech i nazywałam się Margot Hartwig (od nazwiska Mamy). Płakałam i tęskniłam przez miesiące, nawet lata. Za wszystkim, co zostawiłam w Polsce.
Ale mija czas. Korespondowałyśmy z Krystyną, po latach, w 1975 roku (chyba) spotkałyśmy się w Gdańsku, pojechałyśmy do Kwidzyna. Potem już przyjeżdżałam regularnie na wszystkie zjazdy w moim Liceum. A jeśli wypadł rok bez wizyty w Polsce, przyjeżdżała do mnie Krysia. I gadałyśmy, gadałyśmy. Także przez telefon. I dzięki temu wiem, kiedy w Kwidzynie pada śnieg, kto się z kim przyjaźni, kto odnosi sukcesy, kto z naszych odszedł.
W klubie Małej Ojczyzny Kwidzyńskiej pisze się o ludziach, którzy odnieśli jakiś sukces. Sukces? Mój sukces?
Dwukrotnie zmieniano moją tożsamość. Historia bardzo boleśnie dotykała moich osobistych losów. Ale nie złamała mnie, ani mojej sympatii do mojego domku w Kwidzynie, do przyjaciół w Polsce. To jest mój prywatny sukces.
Wspomnienia Margot Marcus ukazały się drukiem w artykule B. Bardelskiej – „Kurier Kwidzyński”, 2003 nr 34, s. 14-15.