|
Przejrzałem znowu wspomnienia pierwszych polskich osadników w Kwidzynie po 1945 r.: wydane przez KTK "Kwidzynianie... ptakom podobni.
Książka przywołała mi w pamięci obrazy miasta, które opisywali mi inni kwidzyniacy przybyli tu już w maju 1945 i nieco później.
W 1978 w sekcji historycznej Tow.M.Z.K. zacząłem zbierać relacje pionierów osadnictwa. Z Tomkiem Z. w Bibliotece nagrywaliśmy na magnetofon opowieści tych, którzy w mieście opanowanym przez czerwonoarmistów mieszkali w wydzielonych enklawach dla Polaków. Opowiadali o samowoli Rosjan i o ich zawziętości w niszczeniu wszystkiego co się dało. M.in. p.Dymitr Jabłoński tłumaczył te zachowania pewnym mechanizmem psychologicznym. Mianowicie, zwycięscy w tej krwawej wojnie, okaleczeni z wizją powrotu do ciemiężonego społeczeństwa sowieckiego - brali odwet za to wszystko na kim i na czym tylko się dało.
Z pierwszego spotkania zapamiętałem p.B., który w tamtych latach był szeregowym milicjantem a potem funkcjonariuszem UB i ze swadą opowiadał o przepychankach z Rosjanami i o innych przygodach z tamtych lat. Opowiadał, że zachował nawet zeszyt z zatrzymywanymi szabrownikami (m.in. pod tym zarzutem zatrzymany był pierwszy burmistrz Kwidzyna p.Ch.) oraz wykaz pań poszkodowanych przez Armię Czerwoną, którym p.B. udzielał pomocy, przy czym obficie sypał nazwiskami znanymi w mieście.
Na kolejnym spotkaniu pan B. stawił się w towarzystwie też emeryta a swojego przełożonego szefa UB w Kwidzynie p.W. Pan B. tym razem już milczał a pan B. dementował jego poprzednie opowieści.
Taśmy z magnetofonu szpulowego zapodziały się już nazajutrz. Nigdy potem ich nie widziałem i dalszych spotkań też nie było.
Lecz obraz kopcącego się Kwidzyna po którym snują się postacie okaleczonych ludzi w szlafrokach i bandażach powtarza się w wydanych wspomnieniach pionierów.
|