|
14 listopada. [1666] Dr William Croone opowiadał mi, że dziś na zebraniu w Gresham College (zbierają się znowu teraz co środę [po sławetnym pożarze Londynu, członkowie Towarzystwa Królewskiego]) pokazywano eksperyment z krwią psa przetoczoną w ciało innego psa, podczas gdy z drugiej strony wytaczano mu jego własną. Pierwszy pies mając wszystką krew wytoczoną — zdechł, a drugi żyje i ma się dobrze. To dało sposobność do różnych żartów, co by to było, jeśliby krew kwakra przetoczyć w ciało arcybiskupa i tym podobnie, ale dr Croone mówi, że jeśli się to uda, może stąd być pożytek dla zdrowia ludzkiego przez poprawianie złej krwi używając nowej z lepszego ciała.
16 listopada. Dziś w południe spotkałem pana Hooke'a, który powiedział mi, że pies napełniony krwią owego drugiego psa przedwczoraj w Gresham College ma się bardzo dobrze, całkiem taki, jak był; Hooke ani wątpi o tym, że to będzie wielce pożyteczne w zastosowaniu do ludzi.
28 listopada. ... [na spotkaniu towarzyskim w domu Pepysa] słuchaliśmy dobrego dyskursu, jak eksperyment z psem, któremu krew przetoczono, a który miewa się doskonale, może być ulepszony dla dobra ludzi. .... Wieczerzaliśmy ... i graliśmy w karty, a Pegg poszła na chwilę do mego gabinetu i tam ścierpiała, żem ją całował w usta i piersi jej dotknąłem, co mi sprawiło niezmierną rozkosz.
Po udanej transfuzji krwi przeprowadzonej na psach (p. poprz. notka), uczone bractwo skupione w Towarzystwie Królewskim, w owym czasie najpoważniejszej naukowej instytucji angielskiej, postanowiło przeprowadzić transfuzję krwi owczej do organizmu człowieka. Doświadczenie wyglądało jak na ilustracji, choć wykonana ona została ponad 200 lat później (Karl Landsteiner; 1868-1943).
Taką oto wymianę informacji na ten temat zanotował Samuel Pepys w swoim 'Dzienniku', który wspaniale oddaj atmosferę intelektualnej śmietanki siedemnastowiecznego Londynu:
21 listopada 1667. ... Ale że sesja [Towarzystwa Królewskiego] już się skończyła, poszliśmy z Creedem i drem Wilkinsem do tawerny i tam wyborny dyskurs, m. in. o pewnym człowieku, zbiedniałym hulace, trochę niespełna rozumu, którego Królewskie Towarzystwo najęło za 20 szylingów, aby dał sobie wpuścić do żył owczej krwi; mają to zrobić w przyszłą sobotę. Chcą mu dać 20 uncyj, a obliczają, że cała operacja potrwa minutę czasu. Po powrocie do domu oczy mnie tak bolały, że nie mogąc pracować rozmawiałem z żoną, która opowiadała mi, jakie to plotkary są te nasze parafianki, i co ta mówiła o tej, a owa o tamtej. ... Z przyczyny miesięcznych boleści żony złą miałem noc, a ona, biedactwo — jeszcze gorszą.
30 listopada 1667. ... Miałem uciechę, bom widział tego człowieka, w którego natoczyli owczej krwi. Sam zdawał o tym sprawę po łacinie (jest to były szkolarz z Cambridge), powiadając, że czuje się od owego czasu lepiej, tak jakby stał się nowym człowiekiem. Ale jest on trochę poszkodowany na umyśle, choć mówi wcale dorzecznie. Dostał tylko 20 szylingów za to, że ścierpiał tę próbę, i będą na nim jeszcze raz tego próbowali. Pierwszy człowiek w Anglii, któremu to uczyniono, a jest jeszcze jeden taki, jak słyszałem, we Francji. ..
Niestety, w dalszej części 'Dziennika' nie ma wzmianki, co stało się z owym odważnym szkolarzem i jaki był ostateczny wynik doświadczenia.
Wypis z:
Dziennik Samuela Pepysa, t. II
Warszawa, PIW, 1966
(tłum. Maria Dabrowska)
Transfuzje mają długą i nieco mroczną historię. Przez całe stulecia wypróbowywano rozmaite płyny, m.in. piwo, mocz, opium, żywice roślinne, mleko i krew zwierzęcą. W 1667 roku lekarz Jean Baptiste Denis wykonał pierwszą udokumentowaną i udaną transfuzję ludzkiej krwi człowiekowi. Zakazano jednak tego zabiegu, gdyż pacjent zmarł.
Długa historia kontrowersji wokół transfuzji
ZIMĄ 1667 roku do Jeana Baptiste Denisa, słynnego lekarza króla Francji Ludwika XIV, przyprowadzono szaleńca Antoine'a Mauroya. Denis miał na tę przypadłość idealne „lekarstwo” — krew zwierzęcą, która jego zdaniem powinna podziałać na pacjenta kojąco. Ale Mauroy nie wyszedł na tym dobrze. Wprawdzie po drugiej transfuzji jego stan się poprawił, lecz wkrótce potem znowu ogarnęło go szaleństwo i w końcu zmarł.
Chociaż później ustalono, że przyczyną śmierci Mauroya było w rzeczywistości zatrucie arszenikiem, eksperymenty Denisa z krwią zwierzęcą wywołały we Francji zażarte dyskusje. Ostatecznie w 1670 roku zakazano tego rodzaju praktyk. Z czasem taki zakaz wydał też parlament angielski, a nawet sam papież. Na półtora wieku transfuzje poszły w zapomnienie.
Niebezpieczne początki
Powrót do transfuzji nastąpił w XIX wieku. Stało się to głównie za sprawą angielskiego położnika Jamesa Blundella. Używał on udoskonalonych technik i nowoczesnych narzędzi, a ponadto obstawał przy przetaczaniu jedynie krwi ludzkiej, dzięki czemu transfuzje znowu wzbudziły ogólne zainteresowanie.
Jednakże odradzający się zapał do tej metody ostudził w 1873 roku F.Geselius, polski lekarz, który dokonał przerażającego odkrycia: więcej niż połowa przeprowadzonych transfuzji skończyła się śmiercią. Kiedy dowiedzieli się o tym znani lekarze, zaczęli potępiać tę praktykę, wskutek czego popularność transfuzji po raz kolejny przygasła.
Później, w roku 1878, francuski lekarz Georges Hayem przygotował roztwór soli kuchennej, który jego zdaniem mógł zastąpić krew. W przeciwieństwie do niej nie powodował skutków ubocznych, nie krzepł i łatwo go było transportować. Zrozumiałe, że wszedł do powszechnego użytku. Co zastanawiające jednak, wkrótce krew ponownie zyskała zwolenników. Dlaczego?
W roku 1900 austriacki patolog Karl Landsteiner odkrył istnienie grup krwi oraz stwierdził, iż daną krew nie zawsze można zastąpić inną. Nic więc dziwnego, że wcześniej tyle transfuzji kończyło się tragicznie! Teraz można było to zmienić — wystarczyło tylko upewnić się, czy grupa krwi dawcy jest zgodna z grupą krwi biorcy. Dysponując tą wiedzą, lekarze na nowo zaufali transfuzjom. Właśnie wtedy rozpoczęła się I wojna światowa.
Transfuzje a wojna
W czasie I wojny światowej krew bardzo często podawano rannym żołnierzom. Ze względu na to, że płyn ten szybko krzepnie, kiedyś przewożenie go na pole bitwy byłoby raczej niemożliwe. Ale na początku XX wieku dr Richard Lewisohn z Mount Sinai Hospital w Nowym Jorku dokonał udanych eksperymentów z cytrynianem sodu — środkiem zapobiegającym krzepnięciu krwi. Niektórzy lekarze uważali to niezwykłe, przełomowe wydarzenie za istny cud. „To prawie tak, jak gdyby zatrzymało się słońce” — pisał ówczesny wybitny lekarz dr Bertram M.Bernheim.
Zapotrzebowanie na krew wzrosło w trakcie II wojny światowej. Społeczeństwo było bombardowane plakatami, na których widniały sloganowe hasła typu: „Oddaj teraz krew”, „Twoja krew może go uratować”, „On oddał swą krew. Czy ty oddasz swoją?” Wezwania takie spotykały się z żywym oddźwiękiem. W USA podczas II wojny światowej oddano jakieś 13 000 000 jednostek krwi. Podobno w Londynie zebrano i rozprowadzono przeszło 260 000 litrów krwi. Ale transfuzje niosły ze sobą liczne zagrożenia dla zdrowia, co szybko wyszło na jaw.
Choroby na skutek transfuzji
Po II wojnie światowej w medycynie dokonał się ogromny postęp, dzięki czemu możliwe stały się operacje, których przedtem nikt sobie nawet nie wyobrażał. Ponieważ transfuzję uznano za standardową metodę leczenia chirurgicznego, na całym świecie rozwinął się przemysł, który dostarczał potrzebnej krwi, rocznie osiągając obroty rzędu miliardów dolarów. [zob. artykuł Handel krwią to świetny interes w uStroniu]
Wkrótce jednak powszechny niepokój wzbudziły choroby, będące rezultatem transfuzji. Na przykład podczas wojny koreańskiej prawie 22 procent osób, którym podano plazmę, zachorowało na zapalenie wątroby — prawie trzy razy tyle, ile w II wojnie światowej. Amerykański Ośrodek Zwalczania Chorób ocenił, iż w latach siedemdziesiątych na potransfuzyjne zapalenie wątroby rocznie umierało 3500 ludzi. Inni uważali, że 10 razy więcej.
Dzięki lepszym testom diagnostycznym oraz staranniejszej selekcji dawców, liczba zakażeń zapaleniem wątroby typu B w końcu zmalała. Ale wtedy ogromne żniwo zaczął zbierać nowy i niekiedy śmiertelny wirus, wywołujący zapalenie wątroby typu C. Obliczono, że zakażonych zostało cztery miliony Amerykanów, w tym kilkaset tysięcy przez transfuzję krwi. Wprawdzie dokładniejsze testy z czasem zmniejszyły to zagrożenie, ale niektórzy obawiają się pojawienia nowych niebezpieczeństw, z których zdamy sobie sprawę, gdy już będzie za późno.
Kolejny skandal: krew zakażona HIV
W latach osiemdziesiątych odkryto, iż krew może być zakażona HIV, wirusem wywołującym AIDS. Początkowo pracownicy banków krwi odrzucali myśl, że mogłoby to dotyczyć ich zapasów; wielu z nich odnosiło się do tego zagrożenia ze sporym sceptycyzmem. Według dr Bruce'a Evatta „to było tak, jakby ktoś wrócił z podróży po pustyni i powiedział im: ‘Widziałem kosmitę’. Słuchali, ale nie wierzyli”.
W jednym kraju po drugim wybuchały skandale związane z krwią zakażoną HIV. Ocenia się, iż w latach 1982-1985, wskutek przetoczenia krwi, wirusem tym zaraziło się od sześciu do ośmiu tysięcy Francuzów. W Afryce transfuzje są odpowiedzialne za 10 procent zakażeń, a w Pakistanie — za 40. Dzisiaj w bogatszych państwach, dzięki udoskonalonym testom wykrywającym obecność wirusa HIV, zakażenia przez transfuzję zdarzają się rzadko, ale w krajach rozwijających się, które nie dysponują takimi metodami badania, w dalszym ciągu stanowi to problem.
Zrozumiałe więc, że w ostatnich latach zwiększyło się zainteresowanie bezkrwawą medycyną. Ale czy takie leczenie jest bezpieczne?
Rosnąca popularność bezkrwawej medycyny
TRAGEDIA wywołana przez AIDS zmusiła naukowców i lekarzy do wzmożenia wysiłków, aby sala operacyjna stała się bardziej bezpieczna. Wiązało się to z dokładniejszymi testami krwi. Ale zdaniem specjalistów nawet one nie eliminują zagrożenia całkowicie. „Mimo że społeczeństwo wydaje olbrzymie sumy na to, by lepiej niż kiedykolwiek przedtem przebadać zapasy krwi” — podano w czasopiśmie Transfusion — „uważamy, iż pacjenci w dalszym ciągu będą się starali unikać transfuzji alogenicznych [przetaczania krwi pobranej od dawców] — po prostu dlatego, że krew nigdy nie będzie zupełnie bezpieczna”.
Nic więc dziwnego, iż sporo lekarzy odnosi się do przetaczania krwi z coraz większą rezerwą. „Transfuzje zasadniczo nie są dobre dla pacjentów, toteż usilnie staramy się ich unikać” — mówi dr Alex Zapolanski z San Francisco w Kalifornii.
Niebezpieczeństwa związane z transfuzją zaczyna sobie uświadamiać także społeczeństwo. Sondaż przeprowadzony w 1996 roku ujawnił, że 89 procent Kanadyjczyków wolałoby skorzystać z metod alternatywnych. „Nie wszyscy pacjenci będą odmawiać transfuzji homologicznych, tak jak to robią Świadkowie Jehowy” — czytamy w publikacji Journal of Vascular Surgery — „ale ryzyko przenoszenia chorób i zaburzeń działania układu odpornościowego wyraźnie wskazuje, że musimy znaleźć inne metody leczenia każdego pacjenta”.
Lepsza metoda
Na szczęście istnieje alternatywa — bezkrwawa medycyna. Sporo pacjentów nie bez powodu uznaje takie leczenie nie tyle za ostateczność, ile za lepszą metodę. Brytyjski chirurg konsultant Stephen Geoffrey Pollard zauważył, iż wskaźniki śmiertelności i umieralności wśród osób operowanych bez krwi są „co najmniej tak dobre, jak u pacjentów, którzy otrzymali krew, a w wielu wypadkach uniknięto pooperacyjnych zakażeń i komplikacji, będących często wynikiem transfuzji”.
Jak doszło do rozwoju bezkrwawej medycyny? W pewnym sensie jest to nieco dziwne pytanie, bo przecież poprzedzała ona zastosowanie krwi. Właściwie dopiero na początku XX wieku ulepszono techniki transfuzji w takim stopniu, że zaczęto ją stosować rutynowo. Niemniej w ostatnich dziesięcioleciach niektórzy znowu popularyzują bezkrwawą chirurgię. Na przykład w latach sześćdziesiątych znany chirurg Denton Cooley przeprowadził pierwsze operacje na otwartym sercu bez użycia krwi.
Gdy w latach siedemdziesiątych szerzyło się potransfuzyjne zapalenie wątroby, wielu lekarzy zaczęło szukać innych rozwiązań. Już w latach osiemdziesiątych sporo dużych zespołów medycznych dokonywało zabiegów bez krwi. Po wybuchu epidemii AIDS często konsultowały się z nimi inne, które chciały stosować takie same metody. W latach dziewięćdziesiątych w niejednym szpitalu rozpoczęto realizację programów oferujących pacjentom możliwość leczenia bez użycia krwi.
Obecnie lekarze z powodzeniem stosują techniki oszczędzające krew podczas operacji i w nagłych przypadkach, kiedy to w przeszłości zwykle przeprowadzano transfuzje. Na łamach czasopisma Canadian Journal of Anaesthesia David H.W.Wong oświadczył: „Bez krwi i jej pochodnych można pomyślnie dokonywać poważnych operacji kardiologicznych, naczyniowych, ginekologicznych, położniczych, ortopedycznych i urologicznych”.
Jedną z zalet leczenia bez krwi jest zagwarantowanie lepszej opieki medycznej. „W zapobieganiu utracie krwi największe znaczenie mają umiejętności chirurga” — mówi dr Benjamin J.Reichstein, ordynator oddziału chirurgicznego w Cleveland w stanie Ohio. Jak podano w południowoafrykańskim czasopiśmie prawniczym, w pewnych sytuacjach operacje bez zastosowania krwi mogą być „szybsze, czystsze i tańsze”. Dodano też: „Bez wątpienia opieka pooperacyjna w wielu wypadkach okazała się mniej kosztowna i czasochłonna”. To tylko kilka powodów, dla których obecnie około 180 szpitali na świecie specjalizuje się w bezkrwawej medycynie.
Leczenie bez krwi
nową „metodą standardową”?
O KORZYŚCIACH z bezkrwawych metod leczenia zachowawczego i chirurgicznego, reporter rozmawia z czterema specjalistami.
--------------------------------------------------------------------------------
■ Kto, oprócz pacjentów, odmawiających transfuzji, ze względów religijnych, jest zainteresowany bezkrwawą chirurgią?
Dr Spahn: W naszym ośrodku o leczenie bez krwi proszą zwykle bardzo dobrze poinformowani pacjenci.
Dr Shander: W roku 1998 liczba pacjentów, którzy odmówili przyjęcia krwi z przyczyn osobistych, prekroczyła liczbę tych, którzy uczynili to z powodu przekonań religijnych.
Dr Boyd: Weźmy na przykład pacjentów z rakiem. Wielokrotnie przekonaliśmy się, że jeśli nie otrzymują krwi, to szybciej dochodzą do zdrowia i rzadziej występuje u nich nawrót choroby.
Dr Spahn: Bez użycia krwi często leczymy profesorów uniwersyteckich i ich żony. Nawet chirurdzy proszą, byśmy unikali transfuzji! Jeden z nich, na przykład, przyszedł do nas w sprawie swej żony, która miała być operowana. „Postarajcie się o jedno” — powiedział — „żeby nie dostała krwi!”
Dr Shander: Moi anestezjolodzy oświadczyli: ”Pacjenci, którzy nie otrzymują krwi, czują się tak samo dobrze, a może nawet lepiej. Dlaczego, więc, mamy stosować dwie metody leczenia? Jeżeli ta jest najlepsza, powinniśmy stosować ją u wszystkich”. Dlatego spodziewamy się, że bezkrwawe leczenie stanie się metodą standardową.
Dr Earnshaw: Tak się składa, że bezkrwawa chirurgia znajduje szczególne zastosowanie u Świadków Jehowy. Ale chcemy leczyć w ten sposób wszystkich.
■ Czy leczenie bez krwi jest droższe czy tańsze?
Dr Earnshaw: Tańsze.
Dr Shander: Koszty leczenia tą metodą są o 25 procent niższe.
Dr Boyd: Powinniśmy je stosować już choćby z tego względu.
■ Jak rozwija sil leczenie bez krwi?
Dr Boyd: Uważam, że bardzo szybko. I na tym nie koniec. Co rusz dostrzegamy nowy, uzasadniony powód, by nie używać krwi.
_________________ Każda Ojczyzna ma swoich fanów
|