Pozostając w tematyce woodstock'u... przeczytałam dziś świetny felieton na
Pozytywny felieton z wolnego pola
Skończył się Przystanek Woodstock. PKP i mieszkańcy Kostrzyna liczą zyski, uczestnicy szorują się pumeksami, Szczuka i Olejnik zapewniają, że przyjadą również za rok, a śledczy Giertych szuka winnych.
Całkiem niezły bilans, zwłaszcza, że jeszcze dwa, trzy lata temu Przystanek był jedną z najbardziej krytykowanych imprez w kraju. Oczywiście poza czarnymi mszami notorycznie organizowanymi przez domorosłych satanistów z Katowickiego „Spodka”.
W tym roku było inaczej. Okazało się, że katoliccy księża mogą prowadzić merytoryczną dyskusję z wyznawcami islamu, buddyzmu i czego tam jeszcze. Przegryzając przy tym hot-doga popijanego colą i potupując w rytm lecącego z głośników reggae.
Wyszło na jaw również, że brudny i zdegenerowany motłoch z patologicznych rodzin, który baluje na Przystanku, potrafi świetnie porozumieć się z zagranicznymi gośćmi. A do rozmów po niemiecku, angielsku i francusku wcale nie potrzebuje pół litra Wyborowej. Czego nie można powiedzieć o niektórych polskich politykach.
Stało się też jasne, że ta zacofana młodzież bez wykształcenia doskonale orientuje się w obecnej sytuacji politycznej (i nie tylko), spontanicznie reagując na różnego rodzaju aluzje padające z ust artystów, których gościła woodstockowa scena.
Gdyby tego było mało, grupki przedstawicieli różnych subkultur siedziały zaledwie centymetry od siebie popijając piwo – co w warunkach miejskich pubów skończyłoby się krwawym mordobiciem.
Nieznanym do tej pory zjawiskiem okazały się też organizowane na Przystanku mecze piłkarskie, podczas których nikt nie został pobity, kibice nie rzucali kamieniami, żaden z zawodników nie dostał w łeb zgniłym bananem, a w okolicach boiska nie było ani jednego policjanta uzbrojonego w broń gładkolufową.
Nikt też nie wie jak to możliwe, że ludzie przechodząc obok leżącej osoby zatrzymywali się żeby zapytać czy wszystko okey, a jak nie okey, to wezwać zespół ratunkowy. Jeśli ktoś nie widzi w tym nic dziwnego, to spieszę wyjaśnić, iż od kilku lat mieszkam w Warszawie.
Można by się też zastanowić nad pewnym eksperymentem socjologiczno społecznym, który (zapewne nieświadomie) przeprowadził pewien woodstockowicz wracając do domu pociągiem, w którym jechali wyłącznie jemu podobni odszczepieńcy. Otóż ów młodego człowieka wraz z dziewczyną zapragnął wyrzucić z pociągu konduktor, za jazdę bez biletu. Człowiek obiecał kontrolerowi, że jeśli dostanie 15 minut, to zorganizuje pieniądze potrzebne na zakup biletów. Przedsiębiorca-amator ruszył więc korytarzami pociągu, by po obiecanym czasie wrócić z workiem dziesięcio i dwudziestogroszówek. Wystarczyło na dwa bilety po około 30 zł. jeden. I co w tym nadzwyczajnego? Proszę sobie wyobrazić podobną sytuację w pierwszej klasie pociągu Intercity jadącym z Gdańska do Warszawy, którym podróżuje establishment, przyszłość narodu.
Gdyby natomiast premier postawił włosy na sztorc, włożył ciężkie buty oraz koszulkę z pacyfką i pojechał na Woodstock, miałby wreszcie szansę, żeby nauczyć się słów polskiego hymnu, bo ten śpiewany był co noc. Nieraz nawet zostawały podejmowane desperackie próby nauczenia Mazurka Dąbrowskiego przebywających na Przystanku Niemców. Ci jednak okazywali się równie niereformowalni jak minister-wicepremier-przewodniczący Giertych i dalej nucili to swoje smętne „Deutschland, Deutshland uber alles”. Ciekawym zjawiskiem był też zasłyszany o godzinie czwartej rano mix obu hymnów, wykonywany w obu językach przez podchmielonych przedstawicieli obu narodów. To się dopiero nazywa integracja polsko-niemiecka.
Zastanawiam się jak to jest, że nieznajomi pożyczają nieznajomym ostatnie pieniądze, chociaż wiedzą, że nigdy nie dostaną ich z powrotem. Jak to jest, że nieznajomi dzielą się z nieznajomymi ostatnim łykiem wody mineralnej, pozwalają przespać się w swoim namiocie, że kilkaset osób z Pokojowego Patrolu tyra przez te kilka dni zupełnie za darmo i pilnuje żeby nikomu nic się nie stało, że policja pozwala w cieniu radiowozu wypić sobie kilka piw na trawniku w centrum miasta, że mieszkańcy Kostrzyna wpuszczają do swoich łazienek obce osoby z podejrzanymi irokezami na głowie. Jak to jest, że nikomu nic nie przeszkadza i wszyscy żyją w jednej wielkiej symbiozie?
I w końcu, jak to jest, że takich rzeczy nie widzę na co dzień w mieście, a są one na porządku dziennym, gdy chodzę prowizorycznymi uliczkami woodstockowego pola? Szukam jakiegoś sensownego wytłumaczenia, czegoś, co pomogłoby rzucić na to choć trochę światła. I już wiem. Na Przystanku Woodstock nie było żadnego polityka.
żródła:
http://www.ithink.pl/artykuly/polska-i- ... nego-pola/ http://felieton.pl/felieton.php?id=743