Bibliotekarka wydająca książki powiedziała mi kiedyś: - Panie J., jest tyle pięknych powieści, a pan ciągle tylko o
Sybirze albo o
Katyniu, jakby nie było innych miejsc na świecie.
Od nie tak niedawna doszedł mi jeszcze internet i znalezione tam publikacje pomagają mi weryfikować i kojarzyć dawno słyszane opowieści rodzinne.
Bywa, że człowiek doznaje uczucia jakiegoś „
dreszczu” gdy ociera się o minione dramatyczne fragmenty historii. Doświadczyłem czegoś podobnego, gdy skonfrontowałem usłyszaną w domu, jeszcze w młodych latach, opowieść o selekcji polskich żołnierzy wziętych do sowieckiej niewoli w 1939 r., z ostatnio znalezionym artykułem sprzed kilku lat.
Opowiadano mi, jak to w
obozie jenieckim, którym było uprawne pole ogrodzone kolczastym drutem, sowieccy polskojęzyczni komisarze selekcjonowali jeńców wybierając oficerów, izolowanych potem na sąsiednim ogrodzonym polu. Trwało to kilka tygodni, aż przeniesiono tam
kadrę i tzw.”
bieło-ruczki (osoby, u których wygląd dłoni świadczył o braku kontaktu z pracą fizyczną).
Zapamiętałem z opowiadania, jak to mój krewny przekonywał znajomego ze swoich stron, by z umundurowania usunął wszystkie elementy
oficerskie i skrył się wśród żołnierskiej masy. Ów oficer
pewien swego odpowiadał, że nic mu nie grozi w niewoli, bo chroni go odpowiednia konwencja międzynarodowa a jego honor oficerski nie pozwala na żadne przebieranki, natomiast martwi się raczej o los jeńców-żołnierzy.
Któregoś dnia
oficerska część obozu opustoszała. Pozostałych jeńców, którzy pochodzili z terenów zawładniętych przez Sowietów puszczono do domu.
Moja Mama, na otrzymany od miejscowego „dobrodzieja” adres wysyłała przez jakiś czas paczki żywnościowe zesłanej za Ural rodzinie znajomego oficera. Wszyscy byli przekonani o jego śmierci w Katyniu.
A teraz znalazłem [url=http://www.wprost.pl/ar/75664/Ucieczka-z-Katynia/?O=75664&pg=0]
niezwykle ciekawy artykuł[/url] o „uciekinierach z Katynia”, w którym jest wzmianka o osobie owego oficera widzianego po raz ostatni na strzeżonym kartoflisku pod Smoleńskiem.
Cytuj:
Nie ma takiego miejsca na świecie, takiego więzienia, obozu czy łagru, skąd by ludzie nie uciekali. Uciekali z Pawiaka, uciekali z Oświęcimia. Historycy mogą przytoczyć setki przykładów. A jednak ci sami historycy nie potrafią przytoczyć przykładu choćby jednej ucieczki z Katynia. Choć od ponad 60 lat uporczywie poszukuje się bezpośrednich świadków zbrodni, nigdy przed trybunałem świata szukającego sprawiedliwości nie stanął człowiek, który zdołał uciec z Katynia. Pytaniem pozostaje, czy takiego człowieka nie było?
Ucieczka przez całe życie
Ślad innej ucieczki z transportu katyńskiego można znaleźć w relacji Stanisława Stachowskiego z Bielska-Białej. W początkach lat 50., podczas dyskusji dotyczącej prawdziwych sprawców zbrodni katyńskiej, jeden z jej uczestników, ponad pięćdziesięcioletni człowiek, wziął go na bok, i zastrzegając absolutną tajemnicę, przedstawił się jako major Okuszko. Opowiedział, że po wojnie 1939 r. trafił do obozu kozielskiego. W kwietniu 1940 r. znalazł się w transporcie na zachód. Jak przekonywali ich Sowieci, jechali do domów. Gdy jednak na ścianach wagonu towarowego, którym byli przewożeni, doczytali się zapisów ich poprzedników, z których wynikało, że rozładowują ich na jakiejś małej stacyjce i wywożą do lasu, postanowili uciekać. Jeszcze o zmroku, nad ranem, wyrwali deski z podłogi wagonu nad osią i pojedynczo przeciskali się na tory w biegu pociągu. Uratowało się dwóch pierwszych. Trzech następnych zostało zastrzelonych. Na listach katyńskich nie ma nazwiska majora Okuszki. I być może ta relacja nie byłaby warta przywołania, gdyby nie to, że na liście jeńców obozu kozielskiego historyk znajduje nazwisko por. Aleksandra Radwana-Okuszki urodzonego w 1900 r. w majątku Iłów na Wileńszczyźnie, dowborczyka, w 1939 r. żołnierza szwadronu KOP Budsław.