Tym razem, już dziewiąte doroczne spotkanie
ekskluzywnego Klubu Małej Ojczyzny Kwidzyńskiej odbyło się dzisiaj w Rakowcu, w tamtejszej gościnnej posiadłości Państwa Janki i Zygmunta Krukowskich.
Jak co roku spotkało się grono trwale już zaprzyjaźnionych kwidzyniaków, których emocjonalny i sentymentalny związek pomiędzy sobą, wzmacnia również ich więź z ukochanym miastem, niezależnie od odległości w jakich od Kwidzyna obecnie oni zamieszkują.
Głównym zaprogramowanym tematem spotkania były sprawy kwidzyńskiego
Starego Miasta. Prelekcję wstępną wygłosiła dr Justyna Liguz , kierownik Pracowni Regionalnej, jako placówki naukowej zgłębiającej profesjonalnie przeszłość miasta i tworzącej przyszłe
Muzeum Miasta Kwidzyna. Temu wystąpieniu towarzyszyła prezentacja ikonograficzna (skany fotografii, rycin i pocztówek) nieistniejącej już substancji Starego Miasta, jak i przebieg znanej nam na co dzień nieciekawej współczesnej zabudowy tego fragmentu miasta, który obecnie jest poddawany procesowi rekompozycji. (Zainteresowanych tematem odsyłam do Nr 3 „Prowincji”, w którym jest artykuł dr Liguz.)
Jak na każdym z naszych spotkań najciekawsze okazały się relacje koleżanek i kolegów świadków historii miasta, do którego przybywali już od połowy 1945 roku. Część relacji o wydarzeniach z tamtych czasów zostały potwierdzone przez dr Liguz, która znalazła ich odbicie w dokumentach znajdowanych w archiwaliach kwidzyńskich. Dużo by o tym mówić, ale trzeba się uzbroić w cierpliwość, aż ukażą się naukowo udokumentowane publikacje na te tematy. (Pasjonatów powinna tu „zjeżyć” zapowiedź wglądu w kwidzyńskie archiwalia zdeponowane w Moskwie).
Jako zagorzałego amatora historii miasta, najbardziej zafascynował mnie dwugłos naocznego świadka historii ze znacznie młodszym historykiem znajdującym potwierdzenie i dalszy ciąg opowiadanej historii w dokumentach znajdywanych w archiwach.
Helmut Kurowski, który w 1945 roku mieszkał przy
Żelaznej, w tamtejszym kwartale ulic gdzie zgromadzono ludność autochtoniczną – opowiadał jak obserwował obóz jeńców niemieckich pomieszczonych w zabudowaniach Rejencji (ZSZ Nr 2). Mówił o oglądanych pochówkach tamtejszych jeńców na trawniku u zbiegu obecnej
Katedralnej i
Zamkowej Góry. Pewnego dnia wybuchł tam pożar i potem po tamtejszym obozie pozostał tylko wypalony czworobok byłej
Rejencji.
O prawdziwości tych zdarzeń mówiła dr Liguz, która znalazła dokumentację mówiącą o istnieniu tego obozu, o pożarze w nim, który przyniósł liczne ofiary wśród jeńców, oraz o pochówkach na skwerach pomiędzy
Rejencją a obecnym Kino-Teatrem i w narożniku z ul. Zamkowa Góra. Znane są plany rysunkowe tamtejszych pochówków, natomiast nie ma żadnych informacji o dokonaniu ekshumacji z tych miejsc. Niemieccy jeńcy znajdowali się potem w majątku w Górkach, skąd brano ich do różnych prac w okolicy.
Uczestnicy dzisiejszego spotkania w Rakowcu dzielili się swymi wspomnieniami z tamtych lat wnosząc do relacji interesujące detale. Sam zaliczyłem już statystyczną średnią wieku „klubowiczów”, ale najbardziej
strzygłem uszami na opowieści maturzystów z 1949 i lat kolejnych. Nie mając osobistych doświadczeń z tamtych lat, wtrąciłem się do narracji z przytaczaniem historii zasłyszanych. Miedzy innymi przytoczyłem znalezioną na rosyjskim portalu historycznym relację sowieckiego żołnierza, który po utracie oka i nogi został w 1945 roku wypisany ze szpitala chirurgicznego w b. Gimnazjum Klasycznym przy dzisiejszym Placu Plebiscytowym na dalszą kurację w Rosji. Od tegoż
starsziny Anoczkina zażądano w szpitalu w Moskwie, by przed przyznaniem mu inwalidztwa wojennego dostarczył „
bumagę” od lekarza, który mu nogę amputował. Ów Anoczkin opisał (w 2007 r.) rosyjskiemu dziennikarzowi swoją powrotną drogę we wrześniu 1945 roku z Moskwy do niemieckiego miasta
Marienwerder, gdy podążał do niego „pod prąd” powracających do Rosji z wojny współtowarzyszy. Dotarł on do Kwidzyna na Flottwellplatz (Plac Plebiscytowy), w zwijającym się do ewakuacji szpitalu znalazł lekarza, który uprzednio zajmował się jego nogą i pobrał od niego stosowne zaświadczenie, że należy mu się renta inwalidzka. W 2007 roku opowiadał swoją historię dziennikarzowi odwiedzającemu go w Kazachstanie.
Większość opowiastek, którymi dzielono się na spotkaniu dotyczyła jednak osobistych przeżyć z tamtych lat i to było najcenniejsze.
Przyjęto wniosek koleżanki Krystyny Gromek, która z zaangażowaniem lansuje pomysł, by nasze gremium podjęło się promocji idei „odbudowy kwidzyńskiego Ratusza”. Użyty tu przeze mnie cudzysłów wynika z przyjętego założenia, że dokładna i wierna odbudowa Ratusza jest przedsięwzięciem nieracjonalnym i nierealnym. Takim „reinkarnacjom” budowli historycznych przeczy KARTA WENECKA, która Polska ratyfikowała, i co przypomniałem zebranym dyskutantom.
Klub Małej Ojczyzny Kwidzyńskiej podejmuje się promocji i patronatu nad projektem, którego zwieńczeniem powinno być symboliczne, lecz architektonicznie materialne uwiecznienie miejsca po byłym Ratuszu w Kwidzynie. Forma będzie sprawą fachowców, architektów i rezultatem oficjalnych konkursów.
Klub zajmie się promocją tej idei , sposobami gromadzenia środków na przyszłą inwestycję (cegiełki „papierowe”, ceramiczne, polbrukowe) i wglądem w realizację całego zamysłu.
Jest jeszcze myśl, by rocznicowo uczcić kwidzyńskie wydarzenie sprzed wieków, jakim było powołanie w Kwidzynie
Związku Pruskiego, w czym część dyskutantów dopatrywała się dowodów polskości Kwidzyna. (

) Miałoby to polegać na sporządzeniu wiernej repliki
aktu erekcyjnego Związku z 14.03.1440 roku i wyeksponowaniu go w mieście.
Tego typu spotkania są prawdziwie sympatycznym i miłym dowodem, że ten przedziwny utrwalony związek konkretnych ludzi z konkretnym miejscem na Ziemi emanuje energią o nieokiełznanym potencjale. Oby służyło to głównie ich kreatywności.
A kolega Leszek B. (matura 1949), którego darzę szczególnym szacunkiem i estymą, także za jego dzielne i szlachetne niepoddawanie się kalendarzowi – więc dodał mi on do poprzedniej kwestii, że nie jest tak ważne ile to lat mieszkaliśmy w Kwidzynie, gdyż o naszym związku z tym miastem decydują tylko te lata, gdy byliśmy zdolni kochać, gdy byliśmy kochani, i gdy po wyjeździe stąd odczuliśmy jakąś przenikliwą stratę.
Dyskrecja zmusza mnie do pominięcia tu wzniosłego komentarza Leszka , który usłyszałem przy okazji prezentacji fotografii, na której Andrzej Zakrzeński utrwalił pewną jego koleżankę szkolną, więc poprzestanę tylko na podkreśleniu straty jaką poniósł kwidzyński harcerski klub piłkarski w 1949 roku. Leszek wybył z Kwidzyna na Politechnikę Gdańską, a klub stracił szczególnie skutecznego prawego pomocnika. Już nie powtórzyła się sytuacja, gdy kwidzyńscy harcerze tryumfalnie włomotali miejscowej drużynie milicjantów i
ubeków. A tamto zwycięstwo było symbolicznym odwetem za aresztowania i skazania w tym czasie ich kolegów z niepodległościowych organizacji w ich „ogólniaku”.
Zebrani na zjeździe w Rakowcu wyrazili nadzieję, że kolejne X-te spotkanie odbędzie się też w Kwidzynie, ale bardziej u siebie, czyli już na własnym kwidzyńskim Zamku.