|
Na marginesie przejścia dla pieszych. Czy dobrze interpretujemy zastosowanie tego znaku drogowego? Wiem, że pieszym obiecuje bezpieczne przejście przez jezdnię. Nie zawsze jednak obietnicę wypełnia. Lepiej, w ramach hasła „Ratuj się, kto może”, sprawdzić, czy pojazd nadjeżdżający do przejścia ma szansę przed nim się zatrzymać. Jeszcze lepiej poczekać, aż się zatrzyma i wtedy wejść na przejście. Tyle, że nie z błogim nastawieniem w duchu niebiańskiego spokoju, ale czujnie spoglądając na sąsiedni pas ruchu, czy pojazdy nadjeżdżające zechcą to samo zrobić, co te pierwsze. Przejście pod żadnym pozorem nie jest bezwzględnie bezpieczne i zależy ono od pieszego, a także kierowcy, który zechce uwzględnić jego prawa. Jeżeli te warunki nie będą spełnione, od szczęścia zależy, czy ujdzie ze zdrowiem, a czasem i życiem. Jak donoszą krajowe kroniki wypadków, nawet policjantom przytrafiało się rozjechać pieszego na „zebrze”. Teraz kilka wniosków. Czym różni się więc przechodzenie przez jezdnię na przejściu dla pieszych, od przejścia w dowolnym miejscu. Tym, że poza przejściem przechodzę na własną odpowiedzialność, ryzykując utratę ubezpieczenia od nieszczęśliwych wypadków. Gdyby ktoś z tym się nie zgadzał, to już chyba niczym, oprócz biuroktatycznych wymogów zabraniających, nie wiem po co, tego robić. Ludzie chodzą wzdłuż dróg rowerowych i nic im się z tego tytułu nie dzieje, bo rowerzyści uwzględniają ich prawo do posiadania zdrowia i życia. Przechodząc jednak przez ulicę w poprzek, w dowolnym miejscu, nie należy liczyć na zatrzymanie się kierowcy. Wystarczy dobrze zlustrować, czy ma się szansę na przebycie całej drogi bez przeszkadzania w ruchu pojazdów. Jak się tego nie umie, to dla takich są przejścia dla pieszych. Co jednak, kiedy na ulicy nagle pojawi się pojazd z szybkością ponad dźwiękową? A co to za różnica dla takiego „dzikusa”, czy pieszy jest na przejściu, czy poza nim? Powiem nawet, że przechodząc ostrożnie poza przejściem, jest się lepiej zorientowanym, niż przechodząc przejściem bez przygotowania i licząc na łaskawość kierowców. Jeszcze jedno. Kierowcy płacący podatek drogowy pragną, aby drogi były ich wyłączną domeną. Wtedy mogliby traktować każdego pojawiającego się na jezdni, a nie płacącego takiego podatku, jako intruza. Myślę jednak, że ów podatek, to ekwiwalent za utrzymanie drogi w dobrym stanie technicznym, nadwerężanym pojazdami w różny sposób. Nawet olejem wyciekającym na asfalt z silników. Efekty, jakie powodują takie wycieki, ujawniają się dopiero na wiosnę, po kilkakrotnym rozmarznięciu i zamarznięciu kałuż z topniejącego śniegu. Ani rower, ani też buty pieszego nie są w stanie takich zniszczeń wywołać. Na koniec stwierdzę, że każdy posiadający jakiś dochód jest opodatkowany i może oczekiwać, że z tych pieniędzy czynniki sprawujące władzę na danym terenie zorganizują utrzymanie dróg dla pieszych, dla rowerów, czy pojazdów silnikowych, zdatnymi do korzystania przez cały rok, zwłaszcza w zimie.
_________________ Każda Ojczyzna ma swoich fanów
|