kapec, luzik.
Nie mam absolutnie żadnej potrzeby posiadania auta.
Ani praktycznej, ani hmmm... emocjonalnej.
wyborcza.pl napisał(a):
Cytuj:
Nowy minister Władysław Kosiniak-Kamysz zapowiada zmiany: - Musimy wykorzystać niemieckie doświadczenia.
Ciekawe, ciekawe.
Kiedyś 'musieliśmy' wykorzystywać doświadczenia szwedzkie, potem litewskie, była próba z hiszpańskimi.
Na marginesie - nie wiem, czemu bardzo szybko 'nie sprawdziły się' hiszpańskie - pewnie mimo wszystko za daleko było na wizyty studyjne czy konsultacyjne

Teraz pora na niemieckie.
Proponuję, aby następne wzorce były chińskie lub wręcz północnokoreańskie - tam prawie wcale nie ma bezrobocia, bo dysydenci to znikomy odsetek ich społeczeństw

Prawda jest taka, że nie ma sensu przeszczepiania na żywca w nasze realia modelu ukształtowanego na innym rynku pracy i odpowiedniego dla innej gospodarki.
Więcej - przecież zupełnie inne potencjalne możliwości aktywizacji będą w Polsce w powiatach bardzo zurbanizowanych czy zindustrializowanych, niż w powiatach 'po-Pe-Gie-eRowskich'.
O ile w tych pierwszych lokalna gospodarka mimo wszystko jako tako sama się nakręca i reguluje, o tyle w tych ostatnich nic się nie da zrobić bez wpompowania tam dużych pieniędzy (jakoś tak sama nasuwa się analogia z Niemcami po zjednoczeniu).
A tych pieniędzy po prostu nie ma.
Jak tu w takim razie rozliczać kogokolwiek z efektywności aktywizacji? Co da taka aktywizacja i jaki procent potrzebujących obejmie? (Z próżnego i Salomon...)
OK, da się zrobić jakieś współczynniki, mnożniki czy inne tego typu modyfikatory. Za pomocą ustaw i rozporządzeń, na podstawie zestawu wskaźników statystycznych, które 'ktoś' przygotuje i opracuje. Czyli znowu biurokracja jak się patrzy. A i sensu żadnego, bo nie chodzi przecież o biurokrację, tylko o tę realną aktywizację - a żaden współczynnik nie zmieni tego, że dajmy na to pracę znajdzie tylko jeden Kowalski z dwudziestu jej potrzebujących.
wyborcza.pl napisał(a):
Cytuj:
Zaczniemy od oddzielenia osób, które naprawdę szukają pracy, od tych, które rejestrują się w urzędach tylko po to, by mieć ubezpieczenie zdrowotne.
To jest jeszcze bardziej ciekawe, bo... przecież to już było.
Gdy umożliwiono ubezpieczanie bezrobotnych jako członków rodzin osób pracujących (co nie pociągało i nie pociąga za sobą konieczności opłacania składek na ubezpieczenie zdrowotne), to liczba zarejestrowanych bezrobotnych w poszczególnych powiatach spadła od kilkunastu do kilkudziesięciu procent.
Tylko, że wtedy... zaczęło brakować pieniędzy w NFZ.
Więc dość szybko powrócono do starych zasad.
Jeśli do tego dojdzie, to bez jakiegoś mechanizmu przekazywania dodatkowych środków dla NFZ z budżetu obstawiam wzrost po dwóch, trzech latach składek na ubezpieczenie zdrowotne dla pracujących.
wyborcza.pl napisał(a):
Cytuj:
Jego zdaniem powinno to odciążyć pośredniaki. Urzędnicy zamiast zajmować się papierami, będą mogli więcej czasu poświęcić bezrobotnym.
No! I w końcu będą mogli ich aktywizować, jak się patrzy!
Metodą - że tak to nazwę - beznakładową.
Taką samą metodą większość czasu budowano naszego Gawrona/Ślązaka. Efekt jest taki, że utopiono w projekcie spore środki, nie ma żadnych wymiernych korzyści, producent się rozłożył, reszta sił się praktycznie zdegenerowała, a całość to totalna kompromitacja wszystkich ekip rządzących od początku naszego wieku.
Na czym ta 'lepsza' aktywizacja będzie polegała? Jeszcze więcej IPD? Jeszcze więcej rozmów doradczych? Jeszcze więcej zajęć z cyklu 'Jak aktywnie szukać pracy'?
Przy czym wszystko to - uwaga! - trzeba póki co opisać: dlaczego się aktywizuje, jakie są cechy osoby, jaki zdiagnozowano problem, jakie działania można podjąć, jak przebiega realizacja, jakie zauważono przeszkody, jakie osiągnięto sukcesy, itp., itd.
Czyli - im więcej takiej 'aktywizacji', tym więcej papierów.
Nie wiem, jakie to przyniesie efekty, poza tym, że w skali całego kraju może da się 'zredukować' liczbę urzędników o 3-5-8 tysięcy z łącznej liczby nieco ponad 20 tysięcy pracujących w Publicznych Służbach Zatrudnienia na szczeblu powiatów.
Przy czym, jeśli jednak pojawi się jakaś kasa na aktywizację, to trzeba będzie praktycznie odbudować całą strukturę odpowiedzialną za gospodarowanie nią. Albo utworzyć je od zera w innych instytucjach publicznych - nie wierzę, że obejdzie się przy tym bez zwiększenia w nich liczby etatów.
Warto?
Można oczywiście powierzyć tę kasę organizacjom prywatnym, ale chciałbym przypomnieć, że mówimy tu o pieniądzach publicznych.
Osobiście nie kojarzę mariażu publicznych środków zarządzanych i kontrolowanych przez prywatne przedsiębiorstwa.
Ale być może takie przypadki istnieją i - co najważniejsze - funkcjonują dobrze lub przynajmniej lepiej niż obecny system.
Co z posiadanym majątkiem i infrastrukturą?
Można oczywiście przekazać na rzecz samorządów albo agencji zatrudnienia - ot, takie uwłaszczenie albo prywatyzacja.
Ale dopóki wszystko to istnieje w strukturach państwowych, to jest gwarancja, że będzie służyło ustawowym celom. Gdy już zostanie przekazane komuś innemu, to takiej gwarancji nie ma. Samorządy potrafią wyczyniać ze swoim majątkiem najdziksze harce, a prywatni właściciele tym bardziej.
Żeby nie było - nie jestem jakimś zatwardziałym, niereformowalnym 'betonem'.
Po prostu uważam, że o ile do zrobienia jest naprawdę bardzo dużo, o tyle metoda rewolucji w tym dość specyficznym wycinku administracji publicznej się nie sprawdzi.
No i oczywiście wiem, że 'opór materii' nie jest wcale czynnikiem pomijalnym i koniecznie trzeba go uwzględnić i jakoś skompensować.