Parę lat temu trafiłam na interesującą stronę która dziś właśnie została po kilkuletniej przerwie zaktualizowana. Jest ona również mocno związana z naszym powiatem - ale nie o tym mowa, mianowicie warto zapoznać się ze wspomnieniami dawnych mieszkańców Prus Wschodnich, poczytać o tym co działo się zanim "wyzwolenie" dotarło do naszego miasta
„Dzieciństwo i młodość w Prusach Wschodnich”
Cytuj:
Któregoś dnia przyszło znowu kilku Rosjan. Przeszukali wszystko – nie ostało się żadne miejsce, do którego by nie zajrzeli. Niestety odkryli też naszą kozę i wyprowadzili ją z obory. Mama od razu pobiegła na dwór i żebrała niemalże na kolanach, żeby nam ją zostawili, bo ma małe dziecko i jest jeszcze inna kobieta, więc bardzo potrzebujemy tego mleka! Nie zdało się to zupełnie na nic. Rosjanie zabili kozę, rozpalili ogień i upiekli sobie na nim kawałek mięsa. Gdy się najedli, zostawili resztę mięsa na miejscu. Zjedliśmy je, ale zwierzę było martwe i tym samym skończyło się mleko utrzymujące nasze maluchy przy życiu. Obydwa wkrótce umarły – moja siostra Monika 17 kwietnia, żyła 137 dni. Sam zrobiłem dla niej trumnę, pochowaliśmy ją z całą rodziną na skraju lasu. To drugie maleństwo przeżyło moją Monikę, jeśli dobrze pamiętam, o kilka dni – ale także zmarło. W kilka dni póżniej zmarła także nasza babcia. Miała 80 lat. Razem z Paulem zbudowaliśmy jeszcze raz trumnę z desek jakiejś skrzyni i pochowaliśmy ją obok Moniki na skraju lasu.
Rok 1945 miał się już ku końcowi, gdy zachorowała moja siostra Anna. Miała sześć lat. Byliśmy już wtedy z powrotem w Smolajnach. Nie było żadnego lekarza, żadnych lekarstw, nie było niczego, choroba była po prostu nieuleczalna. Pani Wiezorreck szczególnie lubiła Anię, podobnie zresztą jak cała nasza rodzina. Miała takie duże ciemne oczy i była bardzo ładną dziewczynką, nigdy nie kłóciła się z innymi dziećmi. Także nasz ojciec był zauroczony swoją Anną. I nagle zachorował a.
Zaczęło się od nóżek, dokładnie rzecz biorąc od stóp, które raptownie spuchły. Posuwało się to coraz bardziej ku górze, nie sposób było tego zatrzymać. Pewnego późnego wieczora w listopadzie nadeszła ta chwila, był 25 listopad. Mama trzymała ją w ostatnich chwilach na kolanach. Ania powiedziała tylko „Mama, mama, mama” i zasnęła na zawsze. Poszedłem na górę do pani Wiezorreck i powiedziałem jej o tym. Mama wysłala nas wszystkich do łóżka. Nie wiem, jak długo jeszcze siedziała tam ze swoją martwą córeczką. Następnego dnia zaczęliśmy z Paulem znowu budować skrzynię. Ania pozostała jeszcze 2-3 dni w domu. Potem zawieźliśmy ją z Paulem wózkiem ręcznym na cmentarz do Dobrego Miasta. Pochowaliśmy ją tam sami we dwóch, bez księdza i tak dalej. Mama nie chciała iść na pogrzeb, co dziś doskonale rozumiem.