Trochę
nie klei się ta dyskusja, a raczej wymiana komentarzy wokół prowokacyjnego hasła – „rewitalizowana wiocha”.
Kto zauważył, że miasto jest takie, jacy są jego mieszkańcy, to usłyszał, że w zasadzie wszystko jest w porządku, a ujawniane przez mieszkańców potrzeby mogą tu być realizowane bez przeszkód.
Pytanie o to, czy decydenci miejscy wychodzą ponadto dalej i czy w działaniach ich widoczna jest myśl o rozwoju miasta w różnych jego wymiarach, a nie tylko podtrzymywanie (rewitalizacja) stanu istniejącego od lat, chyba nie zostało tu podjęte.
Moja teza, że powyższy problem wynika z niedorozwoju społeczeństwa obywatelskiego w naszym mieście została skwitowana wygłaszaniem deklaracji sympatii do Kwidzyna, jakby nie mieli jej ci, którzy formułują uwagi krytyczne i niedosyt satysfakcji z życia w nim. Miłość zobowiązuje do dbałości o kondycję obiektu, ku któremu kierujemy uczucia. Same zachwyty tu nie wystarczą. Jeźdźcy doceniający swe konie używają jednak ostróg i bacika. Demokratycznie wybranym włodarzom miasta też bardziej należy się więcej dopingu, niż deklaracji lojalności, które je usypiają i skłaniają tylko do samozachwytu.
Ze spraw kwidzyńskich bardziej od wzlotów i upadków np. piłki kopanej lub rzucanej interesuje mnie: czy kwidzyniacy są
obywatelami Kwidzyna, czy zaledwie mieszkańcami tego miasta. To ważne rozróżnienie. Czy mają oni coś do gadania odnośnie różnych ważniejszych i mniej ważnych spraw miasta? Czy działają tu jakieś mechanizmy istotnego dialogu z władzą wybieraną w kolejnych kadencjach?
Czy mieszkańców miasta interesuje idea
społeczeństwa obywatelskiego i czy miejscowi politycy jej sprzyjają, czy też nie?
Pojawiają się przy takich pytaniach pomysły z dziedziny
political fiction i zgłasza się jako panaceum postulat wyborczej wymiany grupy trzymającej władzę. Lecz komu ją przekazać? Czy istnieją konkurencyjne plany rozwoju miasta? Czy dokonać zmiany dla samej zmiany? Lokalni liderzy dokonują przecież takich zmian w każdych wyborach przybierając nowe nazwy komitetów i parę nowych nazwisk. Pojedyncze przypadki niezrzeszonych rajców tworzą tylko urozmaicenie niezagrożonego monopolu.
Jedna część obecnej tzw. opozycji spoczywa w aksamicie spełniania jej kolejnych życzeń, a drugie skrzydło opozycji miejskiej grzęźnie w wałkowaniu niezbyt istotnych kontrowersji i protestów, nie przedstawiając żadnej szczególnej i konkurencyjnej wizji rozwoju miasta, poza propozycją wymiany osobowej decydentów. Czy większość mieszkańców zgodzi się na jakieś nieznane ryzyko? Sny o powierzeniu berła władzy w mieście jakimś mitycznym niezależnym i kompetentnym ludziom, w sytuacji zabetonowania układu politycznego w mieście, co jest wspomagane obowiązującą ordynacją wyborczą, również należą do sfery baśniowej. Zresztą to są rebusy dla ludzi o ambicjach politycznych.
Pozostałych powinny raczej interesować sprawy istotne w życiu codziennym, choć i one mają swe konotacje polityczne.
Słyszymy o promocji miasta , rozumianej jako wysiłki zmierzające do zwabienia tu turystów. Jeśli w Kwidzynie będzie ładnie, wygodnie, ciekawie i przyjemnie, to nie opędzimy się przed gośćmi. Skala wydatków na programy reklamowe dla ambitnych agencji niewiele tu zmieni.
Mnie interesuje promocja miasta skierowana do jego mieszkańców. Jedynym kierunkiem jest tu podnoszenie atrakcyjności życia w tym mieście i nie zastąpią tego apele o pozostawanie i wydawanie pieniędzy na miejscu.
Do akcji promocyjnej miasta zostaną tego lata zaangażowani nasi wielcy mistrzowie trzej. Jest to rzeczywista atrakcja turystyczna i „miasto” jej nie przesypia. Oby przyjezdni po kwadransie spędzonym w wyeksponowanej krypcie nie poprzestawali jedynie na tej atrakcji. Krzyżackie szkielety z pewnością staną się częścią składową mentalnego
logo Kwidzyna.
A istnienie dotychczasowego logo graficznego miasta jakim jest jego herb, wcale nie jest takie pewne. Herb składa się wyłącznie z jakichś anachronicznych, wręcz średniowiecznych detali. Biskup pomezański nie rezyduje tu od wieków, więc jaki przekaz ma nieść współczesnym kwidzyniakom infuła i pastorał. Jeśli nawet tubylcy są siłą tradycji przywiązani do takiej wizualizacji przejętego tu dziedzictwa historycznego, to wkrótce może się okazać, że niewiele tu mamy do gadania. Trybunał europejski już rozpoczął ferowanie nakazów usuwania symboli krzyża z miejsc publicznych. Na razie dotyczy to Włoch, ale jak wypłynie z Kwidzyna donos o krzyżu w herbie miejskim, to kto wie jak to się skończy. Potem usłyszymy: albo Europa, albo wasze
przesądy. Nawet wiem kogo by to ucieszyło. Ale to już jest tutaj
off-topic.