magzeust napisał(a):
Jest kilka szczegółów różniących nas od Szwedów - wysokość podatków, mentalność ( wielu widzi wpływ dominującej religii), doświadczenia - ten dobrobyt trwał troszkę dłużej. Gdyby w Polsce podniesiono podatki do 50% to połowa ludzi ogłosiłaby bankructwo po miesiącu. Polska ma "wolność" od 20 lat i ludzie nadal uważają, że trzeba "jak najszybciej" "jak najmniejszym kosztem itp" - nie widziałbym tego w tym kraju - i na szczęście nie jestem w tych poglądach osamotniony. Polski podatnik/ potrzebuje obniżania podatków a nie zwiększania!
Racja różni nas wiele, między innymi brak "sztucznych wrogów" jak to w Polsce, mamy wrogów wszędzie, na wschodzie, na zachodzie, z lewa i z prawa. W Skandynawii takich problemów nie ma, nie szukają problemów w tym co się działo 40,30,20 lat temu. Mentalność, może i tak w końcu 90% kraju to zdeklarowani ateiści. Podatki owszem mają wysokie, ale nie mają Balcerowicza twórcy naszego kapitalizmu bez przebaczenia i gospodarki bezpieniężnej. Dla wszystkich wierzących w brednie Balcerowicza proponuje zapoznać się z poglądami innych ekonomistów świata.
Krótki rys:
Henryk Schulz napisał(a):
Tylko Balcerowicz nie zmienia poglądów
Jest dwóch Stiglitzów -jeden to wybitny ekonomista, który zasłużenie dostał Nagrodę Nobla, i drugi-publicysta, którego twierdzenia nie bardzo się różnią od tez Leppera - obwieścił w "Gazecie Wyborczej" (z 10 maja) prof. Leszek Balcerowicz. Były wicepremier stanął w ten sposób do rywalizacji w konkursie na najgłupszą wypowiedź roku. Balcerowicza najwyraźniej zirytowało, iż Stiglitz, amerykański noblista, ośmiela się twierdzić, że rynki nie zawsze mają rację, a efektywnie działają tylko w wyjątkowych okolicznościach (Balcerowicz - tak jak i inni ortodoksyjni wyznawcy neoliberalizmu - twierdzi na odwrót: że rynek zawsze ma rację). Stiglitz należy do szczupłego grona ekonomistów najczęściej cytowanych przez światową prasę. Jest bowiem nie tylko teoretykiem, ale może się również pochwalić dokonaniami w działalności praktycznej. Był głównym ekonomistą Banku Światowego. Za prezydentury Billa Clintona był szefem zespołu jego doradców ekonomicznych i wówczas udało się amerykańskiej administracji nie tylko zrównoważyć budżet, ale nawet uzyskać pewną nadwyżkę w finansach publicznych. Po raz pierwszy po II wojnie światowej. Stiglitz od czasu do czasu para się publicystyką zabarwioną politycznie. Dlaczego? Wyjaśnił to w dedykacji, która otwiera jego książkę "Globalizacja". Noblista napisał, że poświęca tę pracę: Matce i Ojcu, którzy nauczyli go nie być obojętnym. I faktycznie Joseph Stiglitz nie jest obojętny na ekscesy współczesnego kapitalizmu, na kryzysy i cykliczne recesje, na biedę i na pogłębiające się nierówności społeczne. Pisze o tym z pasją, przystępnym i zrozumiałym językiem, w książkach i w wielkonakładowych gazetach. I nie jest tak, jak sugeruje Balcerowicz - że publicystyka Stiglitza jest niespójna z tezami jego stricte naukowych prac. Liczne ostatnio wypowiedzi publiczne Stiglitza piętnujące miałkość rozwiązań gospodarczych opartych na fundamentalizmie rynkowym tak bardzo zirytowały Balcerowicza być może dlatego, że coraz więcej ekonomistów o głośnych nazwiskach dystansuje się od neoliberalnej ortodoksji. Nawet prof. Jeffrey Sachs porzucił "neoliberalizm" i częściowo nawrócił się na "etatyzm". W 1989 r. Sachs podyktował Balcerowiczowi neoliberalny program budowy kapitalizmu w Polsce, na reaganowsko-thatcherowską modłę. W listopadzie 2008 r. w artykule "Pieniądze ludziom, nie bankom", opublikowanym w "Wyborczej" (z 15 listopada) stwierdził, że prapoczątkiem obecnego kryzysu finansowego była neoliberalna polityka gospodarcza Ronalda Reagana, który zainicjował deregulację finansową na wielką skalę, co doprowadziło do obecnej katastrofy. Balcerowicz w końcówce lat 70. przedzierzgnął się z praktykującego marksisty - pracownika Instytuty Marksizmu-Leninizmu przy KC PZPR - w apostoła wolnego rynku. Najwyraźniej architekt polskiej transformacji nie chce po raz drugi zmieniać poglądów, choć te, które uparcie dziś głosi, najwyraźniej okazały się błędne w świetle wydarzeń zachodzących w światowej gospodarce. Polska to wolny kraj, a poglądy Balcerowicza są oczywiście jego prywatną sprawą. Problem polega na tym, że były wicepremier uchodzi za autorytet, a więc w to, co powie, wsłuchują się politycy sprawujący rządy. Dlatego też nie jest obojętne, jakie idee głosi ekonomista wylansowany w mediach na postać wybitną. Europa potrzebuje Adama Smitha - nawołuje Leszek Balcerowicz, co należy rozumieć jako więcej wolności dla bankierów i mniej państwowych regulacji. W 1776 r., gdy ukazało się fundamentalne dzieło Adama Smitha "O bogactwie narodów", na Wall Street pasły się krowy i nie było giełdy. W czasach Smitha nikt nie słyszał o giełdowych "instrumentach pochodnych" zmieniających właściciela co parę sekund, o kursach walutowych zmieniających się co sekundę, 0 bankach inwestycyjnych, o monopolach, o płaceniu chłopom za nieprodukowanie żywności i tym podobnych wynalazkach współczesnego kapitalizmu. Rynek taki, jakim go widział Smith, już dawno nie istnieje i z tym musi się pogodzić nawet Balcerowicz. Użyteczne recepty na wyleczenie współczesnego kapitalizmu z zadyszki trzeba formułować, opierając się na obserwacji i krytycznej analizie faktów 1 zjawisk, a nie na modelach świata, który dawno przestał istnieć.
To właśnie odróżnia nas od Szwedów między innymi, brak spoglądania wstecz a patrzenie w przyszłość. Może warto przestać oglądać się za siebie i ruszyć naprzód.
W nawiązaniu do innego tematu traktującego o budowy spalarni śmieci, w Szwecji właśnie istnieje sporo spalarni śmieci, które nie tylko spalają śmieci ze "swoich" regionów, ale też z Norwegii i Finlandii, gdyż w Szwecji traktowane to jest jako dobry biznes i źródło "zielonej" energii z darmowym paliwem, które produkuje ludzkość w niemożebnej. A my dyskutujemy tutaj o tym, że nie chcemy śmieci z Gdańska.

trochę to zaściankowe myślenie wg mnie.
magzeust napisał(a):
Nie tyle "rozszerzenie matury" co wyższe wykształcenie zapewniające wiedzę z danej dziedziny zapewniającą kwalifikacje potrzebne do pracy. To w Polsce ludzie uparli się na magistra - tak jakby student miał w przyszłości koniecznie zostać nauczycielem lub naukowcem - a tym czasem potrzeba wykwalifikowanych pracowników zamiast bezrobotnych teoretyków z dyplomem.
Owszem wyższe, ale tylko w Polsce, poza granicami kraju licencjat nie jest równoznaczny z zawodowym tytułem inżyniera.